Cześć! Jestem Kornel

Jestem rowerowym maniakiem  Od kiedy pamiętam rower był w zawsze obecny w moim życiu. Jednak o kilku lat traktuję go bardziej na „poważnie”. Masz pytanie? Potrzebujesz pomocy przy doborze części? Dla mnie rower to pasją, i zawsze lubię o tym porozmawiać, wiec napisz do mnie. Możesz to zrobić na stronie kontakt.

Tym czasem zachęcam Cię do zapoznania się z moją historią 🙂

Moje początki

Moja przygoda z rowerem zaczęła się mniej więcej 10 lat temu. Byłem wtedy posiadaczem Authora Solution, z designerską szlifowaną aluminiową ramą, wyposażonego w amortyzator (który od nowości był uszkodzony) oraz 26 calowe koła na 2,3 calowych oponach … slikach!.

Przedziwna to była konfiguracja, ale to właśnie na tym rowerze pierwszy raz pojechałem w góry, a dokładnie na górę Żar. Nie były to porażające wysokości, trasa nie była również wymagająca techniczne, a jednak nie obyło się bez siniaków i awarii. Ku mojemu „zdziwieniu”, 2,3 calowe opony nie trzymały się dobrze na mokrej nawierzchni, szczególnie na krętych górskich drogach.

I tak to się zaczęło, tak złapałem bakcyla który trzyma do dzisiaj.

Prawdziwe góry.

Kolejnym krokiem do osiągnięcia statusu rowerowego maniaka był wyjazd z moim dobrym przyjacielem na wyprawę rowerową przez Austrie, Włochy i Słowenię. Edelwiesspitze (2571m), Passo del Stelvio (2758m), Passo Vrsic (1611m), to tylko niektóre szczyty, które udało się przejechać w ciągu 18 dni podróży. Sztuki tej dokonałem na pierwszym samodzielnie dobranym, opłaconym i przygotowanym rowerze tj. Kellys Magnus.

Pomimo, że nie był to rower trekkingowy ani crossowy, a zwykły „góral” z cienkimi oponami, cała wyprawa odbyła się bez większych trudów ani problemów technicznych. Był to również dla mnie pierwszy poważny test, czy rower to tak naprawdę coś dla mnie, czy po prostu zwykły środek transportu. Test który wyszedł jak najbardziej pozytywnie – rower to jest to!

Szybciej, szybciej, szybciej

Rower wypełniał mój umysł za każdym ruchem korby. W końcu w roku 2011 postanowiłem wystartować w pierwszym maratonie rowerowym. Niesamowite doświadczenie, które naznaczyło moją pasje chyba już na wieki. Trekkingowy Magnus wyładowany sakwami i torebkami, przepoczwarzył się w lekką maratonową bestię.

Pierwszy start (Bikemaraton Wrocław), blisko 3 godziny męki, 520 miejsce i bezgraniczna radość. To było to co chciałem na rowerze robić. Szybkość, rywalizacja, i ciągłe dążenie do poprawy. Po trzech kolejnych maratonach targany ciągłą potrzeba doskonalenia postanowiłem zmienić rower.

I tak pod koniec 2011 Kellys Magnus został zastąpiony kellys’em Mobsterem, właściwie wymiana dotyczyła wyłącznie ramy. Carbonowa, bardzo sztywna i niesamowicie lekka – zbudowałem prawdziwego ścigacza.

Początek 2012 roku, pierwszy zaplanowany cykl treningowy, lepsza dieta, większe obciążenia, wszystko to miało pomóc w osiąganiu coraz lepszych wyników. Pierwszy prawdziwy test przypadł w kwietniu  2012 roku, znowu Wrocław, tym razem 94 miejsce w ciężkich błotnistych warunkach. We wrześniu tego samego roku w Dąbrowie Górniczej już 26 miejsce.

Moje życie coraz bardziej kręciło się wokół dwóch kółek, a każde kolejne zawody dawały coraz więcej satysfakcji.

2012.

Tytuł rodem z filmów katastroficznych, ale tak naprawdę było zupełnie inaczej. W czerwcu 2012, odłożyłem na miesiąc ściganie i wybrałem się po raz drugi (w tym samym składzie) na wyprawę rowerową, tym razem do Norwegii. Kolejne 19 dni na rowerze złożonym na aluminiowej ramie kellys (tej samej co w Austrii). Wiele przeżyć, wiele niezapomnianych widoków, masa zabawy, śmieszne historie, genialni ludzie spotkani na trasie…ta wyprawa miała wszystko.

Nie brakowało też ciężkich, mroźnych dni, ulewnego deszczu, i różnych innych przeciwności losu. Norwegia jednak ma swój klimat, który bardzo ciężko znaleźć w innych krajach. Cisza, spokój i wszystko bez pośpiechu, jednym słowem idealna kraina dla kolarzy.

Jeszcze szybciej, jeszcze więcej, jeszcze mocniej.

Lekka karbonowa rama nie wytrzymała trudów sezonu, i tak we wrześniu 2012 roku zmuszony byłem do jej wymiany. Zastanawiałem się bardzo długo co wybrać.

Był to okres, w którym mocno forsowano 29ery, jako nowy standard w rowerach górskich. Ja byłem zagorzałym przeciwnikiem tego rozwiązania, co pewnie wynikało z przyzwyczajenia do mniejszych kółek.

Splot zdarzeń spowodował jednak, że w październiku 2012 roku nabyłem Scotta Scale właśnie na 29 calowych kołach. Pierwsza jazda w górach, i pierwsze zaskoczenie. Rower zupełnie inaczej zachowuję się w ciężkich warunkach, lepsza trakcja, lepsza kontrola…bez porównania z 26tkami. Solidnie przepracowana zima 2012/2013 roku pozwoliła na zbliżenie się w kolejnym sezonie do pierwszej 30tki w klasyfikacji generalnej.

STOP!

Niesiony dobrymi wynikami w 2013 roku oraz niespodziewanym progresem, postanowiłem jeszcze bardziej podkręcić tempo. I tak kolejna zima (2013/2014) była najmocniej przepracowanym okresem przygotowawczym.

Efekt? Przetrenowanie, brak motywacji po pierwszych zawodach, na których zwyczajnie nie miałem już siły oraz kontuzja kolana, która nie pozwała mi na osiąganie 100% moich możliwości. Po kolejnym nieudanym starcie, sezon spisałem na straty. Musiałem odpocząć.

W grudniu po kolanie przyszła pora na kontuzję pleców z którymi zmagam się do dziś. Praktycznie od tego momentu odstawiłem treningi, odłożyłem zawody, a rower traktuję wyłącznie jako dobrą zabawę, z nadzieją, że kiedyś jeszcze powalczę o lepsze rezultaty, ale tym razem zrobię to z głową.

Nowa nadzieja

Moją przygoda z rowerami ma jeszcze jedno oblicze. Szalenie lubię majsterkować, rozkręcać, serwisować, czyścić, skręcać, ustawiać, dobierać części. Ogromną satysfakcję sprawia mi, kiedy rower, który złożę praktycznie od zera (patrz zdjęcie powyżej) dostarcza komuś wiele radości, lub kiedy dostaję rower w opłakanym stanie i doprowadzam go do użyteczności tak, że służy właścicielowi jeszcze przez długi czas.

I to właśnie w dużej mierze skłoniło mnie to stworzenia tej strony, dzielenia się z Wami moimi doświadczeniami, opiniami i wszystkim, co wiąże się z dwoma kółkami.